Pierwszy raz spotkałam staruszkę,
z siódmego, która kocha wszystkie
w okolicy drzewa. Pewnie dogląda je
na nie co dzień długo ze swojego okna.
Dla mnie drzewa, to drzewa, latem
dają dużo cienia, zimą po prostu są
stałymi punktami tego krajobrazu,
a ona ponazywała je encyklopedycznie,
z imienia. Martwiła się, że komuś
uschnie ręka, gdy zamachnie się na klon.
Pamiętała, że ktoś podciął dąb,
a on miał taką siłę życia w sobie,
że potem wybujał w dwa pnie
i taki podwójnie piękny rośnie do dziś.
Staruszka z siódmego o jednej kuli
poszła na zakupy najbliżej adresu,
ja załatwiłam parę spraw na mieście
i spotkałam ją w drodze powrotnej
przy windzie. Gdyby kiedyś czegoś
potrzebowała, nie przyjdzie. Próbowała
zeszłego lata zabić wstrętną muchę,
straciła przytomności i obudziła się
we krwi nad ranem. – Powiedziała,
przyjedzie moja córka, muszę posprzątać,
żeby nie oddała mnie do Domu Starców.
